Blog

Na Dzień dobry

Typowy wpis premierowy, gdzie chciałbym omówić genezę bloga oraz o czym zamierzam pisać.

Na Dzień dobry

Kiepski to pomysł zaczynać od takiego clickbaitu, bo powitalny obrazek wyjątkowo nie licuje z treścią niniejszego wpisu, a już na pewno nie pasuje do piszącego te słowa, co przyznaję z bólem, bo chciałbym widzieć siebie jako typowego samca Alfa. Po prostu zabrakło mi pomysłu na niezbyt oczywistą ilustrację premierowego wpisu i pech chciał, że wyszukiwarka Wielkiego G w odpowiedzi na podaną frazę wyświeliła między innymi taką grafikę.

Miast jednak się tłumaczyć z takich a nie innych wyborów estetyczno-merytorycznych warto wyłuszczyć powody dla których powstała niniejsza strona. Gdybym w tym kontekście napisał, że wzięła się ona z nudów pewnie byłoby to bliższe prawdy niż stwierdzenie, że dla sławy i pieniędzy. W miejsce tych powierzchownych wyjaśnień proponuję jednakże następującą narrację: to dość specyficzny rezultat kryzysu wieku średniego (miej jednak na uwadze Drogi Czytelniku zanim odsądzisz mnie od czci i wiary, że to rodzaj pewnej licentia poetica). Otóż jakoś niedługo po 40-tych urodzinach przeżyłem coś na wzór kryzysu egzystencjalnego, choć bardziej naturalnym byłoby napisanie, że z różnych powodów w moim życiu pojawiła się potrzeba jakiejś istotnej odmiany, jednakże - jak to nierzadko w takich okolicznościach bywa - nie była ona w żaden sposób ukierunkowana. 

Z radia i prasy, choć nade wszystko z filmów, wiadomo mi, że w takich przypadkach to nieznośne poczucie niesprecyzowanego braku leczone bywa wejściem w posiadanie fikuśnego auta sportowego lub innego substytutu powoli przemijającej młodości oraz męskości. W moim przypadku nie wchodziło to w rachubę z dwóch powodów. Po pierwsze, nigdy nie byłem specjalnym fanem motoryzacji, a po wtóre szanowna małżonka nie wyraziłaby na to zgody. Dlatego jako niepoprawny pantoflarz postanowiłem rozwiązać ten problem w inny, bardziej wyrafinowany sposób i w efekcie zapisałem się na studia podyplomowe, mając przy tym nadzieję, że dzięki temu poznam całe tabuny sympatycznych koleżanek. 

Niestety nie pierwszy raz w moim życiu okazało się, że praktyczne wdrożenie jest w moim wydaniu dalece gorsze niż samo planowanie, choć to ostatnie również nie jest moją najmocniejszą stroną. W związku z tym w okresie tych 12 miesięcy jakiś bliższych znajomości z przedstawicielkami płci przeciwnej nie nawiązałem i bynajmniej nie piszę tego w obawie, że szanowna małżonka może tego bloga czytać. Ta samutna rzeczywistość w dużej części wynikała z charakteru wybranego kierunku nauki, ponieważ w przytłaczającej większości na zajęcia ze mną uczęszczały inne chłopaki.

Po co ja jednak o tym wszystkim?  Otóż w ten dość pokrętny sposób dobrnąłem wreszcie do meritum, czyli ujawnienia powodów, dla których powstał nie tylko ten tekst, ale – mam nadzieję – cała seria planowanych wpisów, choć już o zdecydowanie mniej autoterapeutycznym zacięciu, a przynajmniej tak zakładam. Otóż podjąłem naukę na jednej z prestiżowych warszawskich uczelni na kierunku, który w samej nazwie obiecywał bliskie spotkania z inżynierią danych (cokolwiek to miało oznaczać). Mnie się to dość dobrze kojarzyło, ponieważ przed 2012 rokiem w dużej mierze zajmowałem się analizą cyferek i nie tylko. 

Jak już  wspominałem moje plany oraz zamiary dość często rozjeżdżają się z rzeczywistością i z przykrością muszę stwierdzić, że w tym przypadku było podobnie. Tym samym dziesięć tysięcy złotych, które z mojej kieszeni poszły na opłacenie czesnego, nie okazały się najlepszą inwestycją w moim już czterdziestoletnim życiu. Dlatego niniejszy blog w pewnym sensie można traktować jako próbę wdrożenia poniewczasie planu naprawczego, który ma zrekompensować poniesione straty. Zanim jednak do tego przejdę ważne zastrzeżenie: nie zamierzam napisać, że wybrany kierunek to typowy przykład skoku na kasę niczego nieświadomych słuchaczy, ponieważ komercyjny rys takich przedsięwzięć jest czymś naturalnym, zaś jedyną motywacją płatników jest bardzo często uzyskanie stosownego kwitu, który stanowić może kartę przetargową w rozmowach z obecnym bądź potencjalnym pracodawcą. Przy takim podejściu  takowy układ wydaje się czysty. 

Jednakże w moim przypadku uzyskanie rzeczonego dyplomu było kwestią absolutnie drugorzędną, a ponieważ zabrakło tutaj jakieś wartości dodanej, stąd te nieprzyjemne uczucie straty tak pieniędzy jak i czasu. Na dokładkę dużo energii i jeszcze więcej nerwów kosztowało mnie zakończenie studiów, czyli obrona pracy dyplomowej, choć problemem nie był tu sam finalny akt, ale droga dochodzenia do celu. O ile część praktyczna, czyli przygotowanie narzędzia, którego zadaniem było pobieranie w czasie rzeczywistym określonych wpisów umieszczanych na Twitterze, a następnie dokonana na nich analiza sentymentu, była dość ciekawa i zajmująca, to napisanie pracy w ilości minimum 40 stron (stanęło ostatecznie na przeszło 60-ciu), która uzasadniałaby ten wysiłek, była prawdziwą drogę przez mękę. Wyciągnąłem z tego doświadczenia dwa praktyczne wnioski: po pierwsze programowanie może być fajną zabawą, jeśli nie robisz tego pod presją terminów oraz w imię narzuconych celów. Po wtóre, po raz kolejny się przekonałem, że pisanie pod od linijki stanowcze jest nie dla mnie i w dużych ilościach zdecydowanie mnie nie służy.

Mając to wszystko na uwadze jakoś w połowie października 2020 roku podjąłem decyzję, że najpóźniej w grudniu wystartuję z blogiem, na którym dzielić się będę własnymi wrażeniami z chałupniczego kodowania. Na tę okoliczność uzbroiłem się w całe mnóstwo już wcześniej zakupionych, a przy tym w sporej części przeczytanych książek na temat Pythona oraz analizy danych (w tym ostatnim przypadku z naciskiem na uczenie maszynowe). Pozostało tylko wybrać platformę blogową i tym samym zakończyć dzisiejszy wpis. Niestety w następstwie tej decyzcji przepadłem na całe tygodnie, ponieważ staną przede mną otworem świat, o którego istnieniu nie miałem bladego pojęcia. Wprawdzie miałem za sobą kilka nieudanych podejść do frameworka Django oraz jeszcze bardziej nieśmiałe próby z Drupalem, a także jedną stronę popełnioną w WordPressie, ale pomimo tego albo właśnie za tą przyczyną web developerka kojarzyła mi się z wszędobylską obecnością MySQL-a, koszmarnym i niezrozumiałym dla mnie Java Scriptem oraz koniecznością zapamiętywania jakiś znaczników w HTML-u oraz jeszcze dziwaczniejszy zasad rządzących CSS-em. Akurat z perspektywy czasu oraz przyswojonej niedawno wiedzy w odbiorze tych ostatnich narzędzi (CSS, JS oraz HTML) wiele się u mnie nie zmieniło, ale cała reszta, o której istnieniu nie miałem pojęcia, to już była istna magia. Tym samym zapadła decyzja o poszerzeniu profilu tematyki podejmowanej na blogu również o tworzenie witryn internetowych.

Niestety mijały kolejne tygodnie na błogim pochłanianiu wiadomości z tego nowo odkrytego obszaru, a ja nie przybliżałem się do startu wymarzonego bloga. W związku z tym w sylwestrowy wieczór w ramach noworocznych postanowień postanowiłem przeprosić się z WordPressem i szybko założyłem – póki co testowe – konto na jednej z platform hostingowych. I oto jestem z moją stroną.

Ponieważ nie chciałbym już przedłużać i tak już zbyt obszernego wstępniaka dzisiejsze wynurzenia zakończę w tym momencie. Niestety oznacza to, że również w kolejnym temacie pojawi się dużo wątków autotematycznych, ale mój blog moje zasady. Mam jednak nadzieję, że - mimo wszystko - do zobaczenia …