Blog

Bolesne powroty ...

W ramach przerywnika krótki opis wrażeń związanych z instalacją Windowsa 10

Bolesne powroty ...

Bo, ponieważ i dlategóż, że nie mam tej soboty weny do pisania, a już na pewnie nie cieszy mnie perspektywa kolejnego wpisu o bashu, dzisiaj będzie nieco luźniej i krócej niż zazwyczaj. Tak się bowiem złożyło, iż z powodów edukacyjnych pojawiła się u mnie nie tyle potrzeba, co konieczność przeproszenia z Windowsem. Dla jasności: żaden ze mnie hejter Okienek, skoro od lat korzystam z tego systemu (na moim pierwszym Pececie chodziły podrasowany MS-DOS z numerem 95). Prawdą jest przy tym wszakże, iż obecnie mój kontakt z tym OS-em ma miejsce wyłącznie w związku z obowiązkami zawodowymi (na sprzęcie, w który wyposażył mnie pracodawca). Jednakże zaznaczam przy tym, że bynajmniej z tego powodu nie cierpię katuszy.

Tym niemniej od bodajże 2017 roku na moich domowych sprzętach - za jednym, jedynym wyjątkiem - króluje Linuks, choć w tym okresie zdarzył się też dwa urządzenia, na których posadowiony był Chrome OS. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka, od ideologicznych zaczynając, na mniej lub bardziej praktycznych kończąc. Nie czas i miejsce na dłuższą dygresję na ten temat, dlatego napiszę tylko, że po prostu lepiej mi się na takich systemach “pracuje”.

To wyjaśniwszy wracam do głównego wątku, a więc moich wrażeń z instalacji 10-ki. Tak się składa, że ostatni raz instalowałem Windowsa i to właśnie w tej odsłonie ponad 2 lata temu na sprzęcie zakupionym dla mojego najmłodszego współlokatora. Coby na zakupie laptopa gamingowego zaoszczędzić, przyjanuszowałem trochę i zamówiłem sprzęt wykastrowany z Okienek, ponieważ zakup licencji we własnym zakresie i samodzielna instalacja okazała się tańsza o kilka stówek w stosunku do ceny laptopa z gotowym Windowsem (wspominam o tym dla tych wszystkich, którzy sądzą, że Windows jest darmo dodawany do sprzętu, choć po prostu jego koszt wliczony jest końcową cenę i nie są to groszowe sprawy). Podejrzewam, że wówczas wrażenia były podobne do tych sprzed kilku dni, ale z jakiegoś powodu wyparłem je z pamięci, choć możliwe, że wówczas to wszystko przebolałem, ponieważ na sam koniec nie spotkała mnie przykra niespodzianka, jak to się stało tym razem. Ale po kolei …

Sam instalacja okazała się nad wyraz bezbolesna, choć wcześniej musiałem zrobić backup danych i pogodzić się z faktem, że Linuksa też będzie trzeba przeinstalować, ponieważ Windowsy nie bardzo lubią “konkurencję”. Tym niemniej sama instalacja 10-ki przebiegła nadspodziewanie sprawnie, ale pierwsze oznaki nadchodzącego kataklizmu pojawiły się dość szybko, bo już w momencie, gdy trzeba było założyć konto do logowania. Lista pytań o różne zgody w celu targetowania reklam pod moją skromną osobę oraz propozycji aplikacji/usług, jakie Microsoft w swojej wspaniałomyślności mi oferował za skromną opłatą miesięczną, zrobiłaby niechybnie wrażenie nawet na możnych Google’a. Rzecz jasna rozumiem intencje biznesowe Mikromiękich, ale na Boga mówimy o systemie operacyjnym, za którego trzeba zapłacić i to wcale nie mało. Takie dziadowanie w tym kontekście robi się wręcz zabawne, ale to akurat był najmniejszy problem wzbudzający u mnie wyłącznie uśmiech zażenowania, choć gwoli kronikarskiego obowiązku napiszę, że to samo rozbawienie ogarnęło mnie przy próbie zmiany domyślnej przeglądarki internetowej, gdy to MS “błagał” mnie, bym jednak przemyślał tę decyzję i został z nimi (czytaj: dał im zarobek na reklamach wyświetlanych w ich aplikacji oraz historii przeglądania).

Potem z kolei nastąpiło miłe zaskoczenie, bowiem nie było najmniejszej potrzeby instalacji pierdyliarda sterowników, tak jak to zapamiętałem z Windowsa 7 czy 8. Być może wynikało to z faktu, że sprzęt nie zdążył się jeszcze porządnie zestarzeć (Ryzen 7 3700u) - ciekawi mnie jakby poszło z bardziej archaiczną konfiguracją, ponieważ 11 odsłona Okienek jest już chyba bardziej wybredna i na byle czym nie pójdzie (choć z drugiej strony “na byle czym” nie ma za bardzo sensu próbować uruchamiać Windowsów - szkoda kasy i później nerwów spowodowanych (nie)działaniem systemu).

Ale to pierwsze dobre wrażenie po odpaleniu systemu momentalnie zepsuły aktualizacje, które już czekały i szczerzyły zęby na okoliczność spotkania kolejnego “frajera”. Nie jestem na tyle w Windowsach oblatany, by wiedzieć z czego to wynika (choć w Androidach chyba jest podobnie), ale jakoś trudno mi zrozumieć, że po tylu latach bycia na rynku po uruchomieniu świeżej instancji Okienek, czeka nas seria co najmniej kilku restartów, ponieważ update odbywa się sekwencyjnie, a nie po prostu do najnowszej wersji. W moim wypadku to było 4 albo 5 iteracji, które zabrały - lekko licząc - z pół godziny mojego życia (na szczęście dyski i łącza internetowe są wyraźnie szybsze niż w czasach 7-ki chociażby).

Tym niemniej najgorsze w moim przypadku miało nastąpić później, czyli w momencie, gdy chciałem coś wreszcie od siebie zainstalować na świeżutkim systemie. Wówczas w okienku instalatora tej aplikacji pojawiła się informacja o dostępnych zasobach dyskowych, która mnie momentalnie przeraziła. Okazało się, że z 70 gigabajtów jakie zostawiłem sobie na Windowsa zostało mi około 25. Po wyczyszczeniu wszystkiego co się tylko dało oraz wyrzuceniu części bloatware’u dobiłem do niespełna 28 gigów wolnej przestrzeni, choć wcześniej na stronie MS znalazłem informację, że powinny wystarczyć dwie dychy. Tym niemniej czytając tę informację nie sądziłem, że tyle ma zająć sam system, choć na koniec okazało się, że to i tak były tylko pobożne życzenia twórców (nie wykluczam, że przed wgraniem wszystkich aktualizacji tyle rzeczywiście Windows zajmował).

Dla porównania w przypadku Ubuntu 22.04 na stronie Canonical mowa jest o 25 gigabajtach, ale tam jest mała górka na przestrzeń użytkownika. Na moim kompie po instalacji kilku grubszych aplikacji (wliczam tylko te, które - jak chociażby Pycharm -  posadowiłem poza katalogiem domowym) mam na liczniku 22 Gb wykorzystanej przestrzeni, z czego sam katalog snap w gałęzi roota zajmuje prawie 6 Gb, choć w ogóle do szczęścia nie jest mi potrzebny, ale niestety nic już na to nie poradzę (dziękuję Canonical).

Mam w domu dwa sprzęty, które mają mniejszą pamięć trwałą niż wspomniane wyżej 4 dziesiątki gigabajtów, tj. Chromeboxa Asus z prockiem i7-4600U, którego dysk SDD to zaledwie 32 GB oraz laptopa Acer Spin 1, który ma dokładnie taką samą jak poprzednik przestrzeń dyskową. Na obu rzecz jasna zainstalowałem Linuxa (odpowiednio Minta oraz Ubuntu - najnowsze wersje LTS) i na obu nawet teraz jest ponad 10 GB wolnej przestrzenii. Co by było zabawniej komputer Acera kupiłem z drugiej ręki i przyjechał do mnie z Okienkami bodajże w wersji 10-tej. Wprawdzie instalacja Linuksa wymagała trochę gimnastyki (dziękuję Intelu!), ale z perspektywy czasu i kontekście moich ostatnich doświadczeń z Windowsem, nie sposób przecenić tego wysiłku.

Tekst jak ten zapewne powinien zakończyć pytaniem: dokąd zmierzasz Windowsie? Jednakże przyszłość Okienek jest mi na tyle obojętna, że nie będę tutaj szat rozdzierał nad bizantyjskim rozmachem ludzi z MS czy irytującymi aktualizacjami. Po prostu jak tylko zniknie moja (wymuszona przez okoliczności) potrzeba posiadania tego systemu, w tym samym niemal momencie skończy się jego żywot na moim laptopie. Jedyne co mnie przy tej okazji smuci to fakt, że taka “potrzeba” pojawić się u mnie musiała za sprawą działalności pewnej instytucji akademickiej, która zapewne z powodu umowy z Microsoftem, za jedynie słuszne uznaje rozwiązanie, które wymaga instalacji na Okienkach, ponieważ wersja na Linuksa jest w wielu punktach wykastrowana. Tym niemniej to już temat na inny, znacznie dłuższy wpis.