Blog

Kapela, Malina i BLM, czyli hipokryzja ledwie ukrywana

Luźne wynurzenia na temat dramy pomiędzy Krzysztofem Stanowskim a Maliną Błańską, a wszystko to z BLM w tle.

Kapela, Malina i BLM, czyli hipokryzja ledwie ukrywana

Być może to kwestia jakiegoś zmęczenia tematyką ostatnio przeze mnie podejmowaną na łamach tego bloga, a może po prostu to efekt coraz wyższych temperatur, którymi raczy nas ostatnio nadwiślańska pogoda, ponieważ upały skutecznie wysysają ze mnie wszelkie pokłady energii. Jaka by nie była prawda w tym zakresie, to po prostu od wielu dni nie mogę się zebrać do przygotowania planowanego wpisu, mającego być czymś na wzór bryka z Typescriptu. Zamiast tego marnuję czas na oglądanie różnych treści na Youtubie, które w tym przypadku zazwyczaj nie są jakoś specjalnie pouczające, a nierzadko wręcz głupie. Cóż, zapewne jednak jest mi bliżej do typowego Janusza niż bym sobie tego życzył.

Ale w drodze wyjątku dzisiejszy tekst nie będzie skupiony na piszącym te słowa, choć do jego powstania przyczyniło się uczucie pewnego zażenowania, które mi od wczoraj cały czas towarzyszy. Niestety tak się złożyło, że w środowy wieczór miast śledzić popisy tych czy owych kopaczy, dałem się wciągnąć w dramę, jaka ma obecnie miejsce na Youtubie, gdzie z jednej strony mamy społecznie wrażliwą - na poziomie deklaracji przynajmniej - Malinę Błońską, która staje do nierównej walki z bezwzględnym Krzysztofem Stanowskim, kiedyś dziennikarzem sportowym, a dzisiaj osobowością internetową. W cały ten konflikt wciągnięta została osoba Jasia Kapeli, napisałbym Bogu ducha winnego, co pewnie pasowałoby do narracji, którą za moment przedstawię, ale każda porządna licentia poetica mimo wszystko musi pozostawać chociaż w minimalnym kontakcie z rzeczywistością.

Być może nie każdy wie, o co w tym sporze chodzi, więc postaram się teraz zrekapitulować, nad czym strony obie strony kruszą kopie. Otóż Pan Stanowski od pewnego czasu prowadzi na Kanale Sportowym krucjatę przeciwko rozszerzeniu zakresu stosowania opłaty reprograficznej, a konkretnie chodzi o to, że miłościwie nam rządzący chcą wzorem innych europejskich krajów doliczać do zakupu każdego sprzedanego smartfona pewną kwotę, która następnie będzie przekazywana na rozwój szeroko rozumianej kultury. To nie miejsce i czas na referowanie stanowiska Pana Krzysztofa, choć moim zdaniem zbyt jednostronnie przedstawia on całą tę kwestię. Tym niemniej ja sam nie mam żadnych wątpliwości, że Panu Stanowskiemu od pewnego czasu nie chodzi o faktyczną debatę nad celowością tej zmiany, tylko o kuszącą perspektywę kolejnych klików, bo ten temat na jego kanale faktycznie chwycił. Oczywiście nie zamierzam nawet w najmniejszym stopni z tego powodu robić mu wyrzutów, bo taka już jest natura mediów społecznościowych, a przy tym mimo wszystko w przepastnym morzu gówna, jakim jawi mi się od pewnego czasu polski YT (chodzi mi o kanały z największymi zasięgami, bo obok jest wiele wartościowych treści), to jego audycje wypadają naprawdę nieźle.

To o co mogę mieć trochę pretensji do Stanowskiego, to o fakt zaproszenia do debaty wspomnianego wcześniej Jasia Kapeli. Nie znam zupełnie genezy ich spotkania, ale uważam, że w tym przypadku Pan Krzysztof wybrał sobie zbyt łatwy cel, dzięki któremu dziecinną igraszką było ośmieszenie stanowiska przeciwnego obozu. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że przecież Kapela nie musiał przyjąć zaproszenia od Stanowskiego i trudno temu zaprzeczyć, tym niemniej warto pamiętać, że mamy tutaj do czynienia z chorą osobą.

Zanim mnie jednak ktoś osądzi od czci i wiary zaznaczę, że chodzi mi o uzależnienie Jasia Kapeli od narkotyków, wszak narkomania według wszelkich szanowanych gremiów lekarskich uznawana jest za jednostkę chorobową. Gwoli ścisłości: nie wiem czy Jaś Kapela sam uważa się za osobę uzależnioną, ale otwarcie przyznaje się do zażywania różnych środków psychoaktywnych i to w dość sporych ilościach, a na moje oko to ma on z tym już naprawdę duży problem. Niestety widać to w jego zachowaniu, sposobie mówienia i również w kondycji intelektualnej, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Dlatego raczej nie powinno nikogo dziwić, że Stanowski - jako niegłupi facet - z łatwością obnażył luki w jego argumentacji czy absurdalność niektórych wygłaszanych tez, a przy tym kilkukrotnie wymownie ukazał hipokryzję Kapeli (niżej podlinkowałem jeden z najbardziej jaskrawych przejawów takiej postawy).

Pal licho jednak Stanowskiego, bo po prostu osiągnął to, do czego od początku zmierzał, niemniej w sposób - delikatnie mówiąc - mało wyrafinowany i raczej nie licujący z rzemiosłem dziennikarskim, a taki przecież "background" Pan Krzysztof ma. Choć z drugiej strony program Hejt Park już niekoniecznie ma sznyt publicystyczny i tutaj prowadzący może sobie na dużo więcej pozwolić. Jednak prawdziwy "szwarccharakter" dopiero teraz wchodzi na scenę.

Otóż po emisji rozmowy Stanowskiego z Kapelą ten ostatni stał się przedmiotem często niewybrednych żartów w sieci, choć uczciwie trzeba przyznać, że dał on ku temu solidne powody. Niestety dla niego Internety na całym świecie są bezlitosne w takich przypadkach. Wówczas to w obronę postanowiła go wziąć Malina Błańska, z którą podobno Kapela znał się już wcześniej, choć do tego momentu chyba nie gościł on na kanale tej youtuberki. Efektem ich spotkania było coś na kształt publicznego seansu psychoterapii, podczas którego uczestnicy starali się podpompować  własną samoocenę, ale przy okazji wyszły na wierzch ich liczne kompleksy czy raczej kiepsko maskowana zawiść. O dziwo przy Pani Malinie Jaś Kapela sprawiał wrażenie osoby wyważonej i twardo stąpającej po ziemi, co nie świadczy najlepiej o gospodyni. Wprawdzie widziałem tylko obszerne fragmenty monologów Maliny Błańskiej, ale w zupełności mi to wystarcza i nie zamierzam tutaj ani nigdzie indziej powielać tych bredni, ponieważ obawiam się, że od tych “mądrości” można - tym razem naprawdę - dostać przysłowiowego raka.

Oczywiście normalnie skwitował bym to wzruszeniem ramion, bo każdy niech robi w życiu, co lubi, o ile przy tym - w najgorszym wypadku - szkodzi wyłącznie sobie. Tym niemniej Pani Malinie to nie wystarczyło, więc w efekcie zadzwoniła do Stanowskiego, by zaprosić go na rozmowę, którą z resztą bez jego wiedzy nagrała i to wydarzenie rzuca zupełnie inne światło na całą postawę i dotychczasową działalność Błańskiej. Okazało się, że za fasadą wrażliwej społecznie aktywistki ukrywa się tak naprawdę niespełniona atencjuszka, bo inaczej tego nie potrafię ocenić. Zaproszenie przez nią Jasia Kapeli z tej perspektywy jawi się jako prostacka próba powiększenia własnych zasięgów kosztem kolegi, który dopiero co objawił się w polskich Internetach jako człowiek-mem. Rzecz jasna w takich działaniach nie ma nic nadzwyczajnego i niespotykanego, z resztą tak samo zrobił swego czasu chociażby Kanał Sportowy, gdy doszło do już kultowej konfrontacji Stanowskiego z Najmanem w okresie, kiedy ten ostatni znakomicie się jeszcze klikał. Jednak trzeba mieć przynajmniej na tyle odwagi czy tam przyzwoitości, by nie kryć się z tym faktem, a już na pewno nie ubierać tego w piórka jakiejś wzniosłej misji społecznej.

W tym miejscu pora najwyższa na coming out z mojej strony, który ma posłużyć jako usprawiedliwienie powstania niniejszego tekstu. Otóż co najmniej od szkoły średniej miałem ciągotki lewicowe, ale w bardziej liberalnym niż marksistowskim przybraniu. Albo jeszcze inaczej: odkąd osiągnąłem jako taką świadomość polityczno-społeczną uważałem się za liberała, którego dość skutecznie przekonała lektura chociażby Kołakowskiego, że trudno mówić o prawdziwym spełnieniu ideałów liberalizmu, jeśli jednocześnie nie zaakceptuje się pewnych elementów tradycyjnie kojarzonych z socjalizmem. Dlatego alternatywa w postaci równość szans versus równość wyników jest dla mnie z gruntu fałszywa, bo ciężko mówić o tej pierwszej bez jakiś form redystrybucji dóbr w społeczeństwie.

Tym niemniej przywołanie całej tej drama z udziałem Błańskiej i Stanowskiego nie ma być pretekstem do wyłożenia mojego światopoglądowego credo. Idzie mi bowiem o to, że część z tych postulatów, o których mówią zarówno Jaś Kapela, jak i - tak przynajmniej zakładam - Malina Błańska w jakiś sposób jest mi bliska, a ich praktyczne wdrożenie uważam za pożyteczne czy wręcz potrzebne. Natomiast nie ma nic gorszego jak walka o równość służącą w zamyśle ogółowi, która w rzeczywistości podszyta jest czymś na wzór zawiści wobec tych, którym się udało wdrapać wyżej po drabinie społecznego sukcesu.

Taka refleksja od razy mnie naszła oglądając tę całą dramę, ponieważ miałem z tyłu głowy to co się dzieje w ostatnich dniach czy tygodniach z ruchem Black Lives Matter (dalej BLM) w Stanach Zjednoczonych. Dla jasności - by czytelnik wiedział z kim na do czynienia - muszą od razu zaznaczyć, że od samego początku nie byłem przychylnie nastawiony do tego ruchu z dwóch powodów. Pierwszy, mniej istotny, miał charakter czysto komunikacyjny. Uważałem, że na poziomie samego hasła określenie to ma duży potencjał dzielący, z resztą późniejsze wydarzenia według mnie potwierdziły tę tezę.

Po wtóre i co istotniejsze, społeczność afro-amerykanów ma niewątpliwe swoje problemy, ale brutalność policji nie jest bynajmniej tym najważniejszym, o ile w ogóle. Według wielu analiz szansa na śmierć od kuli wystrzelonej przez policjanta jest większa w przypadku osoby o kaukaskim typie urody niż osoby czarnoskórej, a już na pewno nie da się w tych danych dostrzec żadnego wzorca, który wspierałby narrację prowadzoną przez BLM. Dużo poważniejszymi wyzwaniami, z jakimi boryka się tamtejsza czarnoskóra społeczność, jest skala przestępczości i przemocy w tej zbiorowości, w tym ogromna liczba zabójstw (afro-amerykanie stanowią około 13% ogółu społeczeństwa a odpowiadają za ponad połowę popełnianych morderstw na tym ternie), czy też fakt, że ponad ⅔ afroamerykańskich dzieci wychowywanych jest przez samotne matki.

Oczywiście nie oznacza to równocześnie, że problemów na tle rasowym w Ameryce nie ma, ale nie sposób określić ich mianem systemowych (w sensie mniej lub bardziej skoordynowanych działań jeden grupy wobec drugiej), zaś coraz częściej nagłaśniane przypadki przemocy wobec amerykanów azjatyckiego pochodzenia, których dopuszczają się osoby czarnoskóre, każą patrzeć na tych ostatnich już nie tylko jak na bezbronne ofiary rasistowskich prześladowań. Jednak do niedawna to wszystko nie miało większego znaczenia, bo koniunktura dla tego ruchu trwała w najlepsze, czemu niewątpliwie pomogły wybory prezydenckie, w trakcie których (oraz niejako w przygotowaniu do nich) media niechętne “pomarańczowemu” prezydentowi pompowały odpowiednio temperaturę, a przy okazji własne słupki oglądalności.

Chyba nikt nie przewidywał wówczas tego, co miało nastąpić kilka miesięcy po wybraniu Bidena na prezydenta. Otóż w maju tego roku Patrisse Cullors jedna z założycielek i ówczesna przewodnicząca ruchu BLM zrezygnowała z pełnionej od 6 lat funkcji, rzekomo z powodu gotowości przekazania sterów innym osobom oraz faktu zaangażowania się w inne - wygląda na to, że ważniejsze - aktywności, ponieważ całkiem niedawno podpisała umowę konsultantki przy Warner Bros Television (zapewne bardzo intratną). Prawda jest jednak bardziej brutalna, ponieważ jej odejście zbiegło się w czasie z artykułem opublikowanym w „New York Post”, który ujawnił, że Pani Cullors z zajadłej marksistki (publicznie tak często siebie opisuje) stała się rentierem pełną gębą, ponieważ jest właścicielką co najmniej 4 rezydencji wartych ponad 3 miliony dolarów (wszystkie w “białych” dzielnicach), ale istnieją uzasadnione podejrzenia, że na tym lista jej nieruchomości nie musi się kończyć.

Po tym wszystkim coraz częściej zaczynają się podnosić głosy wzywające do audytu wewnątrz organizacji, która obraca obecnie dziesiątkami milionów dolarów. Dość powiedzieć, że w samym 2020 roku BLM jako organizacja non-profit otrzymała co najmniej 90 milionów "zielonych" od prywatnych oraz instytucjonalnych darczyńców. Niestety okazuje się, że finansowanie w ramach sieci BLM jest od lat skrajnie nieprzejrzyste, o czym w grudniu zeszłego roku pisali w liście otwartym jej byli aktywiści, którzy obecnie zrzeszają się w ramach organizacji o nazwie #BLM10, zaś z kolejnych lokalnych oddziałów coraz częściej płyną głosy, że nikt nie widział ani dolara z 20 milionów, które rzekomo miały trafić do jednostek terenowych. Z resztą pieniędzy też często nie widziały rodziny zabitych, na których BLM budował polityczny kapitał i w swoim czasie obiecywał pomoc, przez co bliscy ofiar czują się podwójnie pokrzywdzeni.

Zostawmy jednak ten ruch, bo takie przesilenie - o ile nastąpi - może być zbawienne dla niego samego i w efekcie na nowo zdefiniować misję oraz zadania do realizacji w najbliższej przyszłości. Oczywiście jeśli światło dzienne miałyby ujrzeć kolejne niepokojące fakty, to finalnie może nie być czego zbierać. Jednak miast zajmować się futurologią, wróćmy do naszych bohaterów, a właściwie bohaterek, bo Jaś Kapela do mojej narracji - jak już sygnalizowałem - nie do końca pasuje.

Nie będę się silił na dowodzenie, że pod pewnymi względami obie panie są do siebie podobne, bo nie znam bliżej lub dalej żadnej z nich, zaś kwestie prezentacji nie mają dla poruszanej tematyki żadnego znaczenia. Z całą pewnością łączy je fakt, że obie na swojej misyjności postanowiły realizować inne, bardziej przyziemne cele, które lepiej lub gorzej da się potem monetyzować. Jednak nie chciałbym całości tego przydługiego wpisu sprowadzić do banalnej konstatacji o materiale, który stanowi nieodłączny element podłogowy każdego szanującego się piekła, ani tym bardziej bawić się w tanią psychoanalizę na wzór tej, jaką zaserwowała widzom Pani Malina. Miast tego wygłoszę pewną odezwę: jeśli perspektywa potencjalnego bogactwa czy sławy stanowi dla Ciebie pokusę trudną do przezwyciężenia, to proszę nie identyfikuj się z ruchami o lewicowym zacięciu. Nie dlatego, że wcześniej czy później karma Cię dopadnie, ale po prostu zwyczajnie i tak całkiem po ludzku mnie wkurwisz. To tak hiperbola ode mnie na czwartkowy wieczór.